Singapurska energetyka jest prawie dwa razy starsza od... świętującej hucznie w tym roku swoje 50-lecie Republiki Singapuru (5,47 mln mieszkańców). Pierwsza elektrownia cieplna opalana węglem powstała w południowej części wyspy wciśniętej między Malezję (30 mln mieszkańców), a Indonezję (238 mln mieszkańców) już w latach 1924-27, a więc w czasach gdy rządzili tu Brytyjczycy i dostarczała energii elektrycznej do 1970 roku, kiedy to ostatecznie została wycofana ze służby, w której zapisała się jako sprawczyni m. in. kilku black-outów. Jest więc wielce prawdopodobne, że palono w niej także węglem z Polski, choć z Australii jest tu znacznie bliżej.
Ale warto przypomnieć, zapominany już dzisiaj fakt, że w 1966 roku podczas obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego gościem był Lee Kuan Yew - twórca i pierwszy premier niepodległego Singapuru, który miał wtedy za sobą zaledwie rok niepodległej państwowości. W archiwach polskiego MSZ zachowały się podobno notatki ze spotkania z ówczesnym premierem Józefem Cyrankiewiczem i ministrem spraw zagranicznych Adamem Rapackim. A potem oba państwa bardzo szybko przyznały sobie wzajemnie klauzulę najwyższego uprzywilejowania. Było to o tyle ważne, że Europejska Wspólnota Gospodarcza była wtedy klubem dość elitarnym i hermetycznym, a świat zaledwie 20 lat po zakończeniu II wojny światowej był bardzo podzielony i zatomizowany. Nie brzmi więc egzotycznie wiadomość, że do singapurskiej armii miały zaraz potem trafić polskie czołgi.
Ceglane budynki Saint James Power Station zachowały się do dzisiaj. Otoczone nabrzeżem kontenerowym i nowoczesnym centrum handlowym VivoCity, na pierwszy rzut oka przypominają kapitanat portu.